sobota, 1 sierpnia 2015

Chapter 5,, I hate everything about you"

,,Nie płacz dziecko,
Opowiem ci bajke.
Bajke o czymś wspaniałym.
Nie będzie księżniczek ani rycerzy,
Bo to się w świecie nie zdarza.
Opowiem ci bajke
O płaczącej dziewczynce i złamanym chłopaku.
Spotkali się tam, gdzie nikt nie przechodził i czekali na siebie, aż smutek odchodził.
I razem łatwiej mijały im chwile.
Choć ich świat ciemny, rozjaśniał się na chwile. Leczyli wspólnie swe serca, czekali na chwile, gdy na zawsze będą razem, zostawili wszystko w tyle.
I żyli własną melodią, a tekst pisało im życie.
Po kilku chwilach, obudził ich żal i zrozumieli, że nigdy nie będzie doskonale.
Poczuli chłòd, przestali wierzyć i umarli w szale.''
*Perspektywa Belli*
Boje się. Czuję jak pod moją skórę wbija się tysiące igieł. Wokół mnie wszystko się coraz mocniej kręci. Widzę siebie, martwą. Wyglądam zaskakująco spokojnie. Jak na mnie wręcz krucho. Nagle moje ciało się rozpada. Czuje się rozbita. Zwłaszcza duchem. Miliony kawałeczków mojego wnętrza opada wszędzie. Jest mi źle. Jest mi smutno. I nienawidze wielu rzeczy. Nienawidze swoich głupich uczuć. Niekiedy prawie marze, by się wyzbyć tego wszystkiego. Ale wiem, że się nie uda.  Jestem silna. Cholera. Wcale nie jestem. Wiem,  że za chwile się obudze w pokoju, który nie jest mój. Więc czas otworzyć oczy. Kiedy robię tą prowizorycznie banalną czynność, zastanawiam się, czy obudzenie się na pewno nie będzie błędem. Nienawidze swojej psychozy. Czasem, sądze, że są we mnie dwie osoby. Jedna z nich jest spokojna i delikatna, a druga złamana i lubująca się w nożach. Tak właśnie. To druga część mnie. Lubie to robić. Podobno jestem młoda. Podobno powinnam była cieszyć się życiem. Podobno powinnam być jak kiedyś. Ale już nie jestem. Jestem niepewna i sama nie wiem kim jestem. Jestem cicha, ale wewnątrz krzycze. Tak naprawdę troche się pogubiłam. Nie boje się śmierci. Już się z nią spotkałam. Była cicha, pewna siebie i zabrała pewnej trzynastolatce wszystko. Jedną osobę, ale wtedy to było wszystko. Następnie zabrała kolejną. I tak teraz przychodzi do mnie w snach, nawiedza mnie, kując moje serce zatwardziałym lodem. Podobno blizny się goją. Z biegiem czasu zaczynając się zlewać ze skòrą i są niezauważalne. Każdy je ma. Ja prawdopodobnie mam ich więcej od innych. Ktoś mi kiedyś powiedział, że nie można stać się dorosłym, póki nie będzie się miało dzieciństwa. Nie wiem czy ja je miałam. Chyba tak. W końcu miałam przyjaciela, kolege, teraz już nie wiem kim dla mnie był. Ale robiliśmy wiele dziecinnie głupich rzeczy. Po pewnym czasie po prostu odszedł. Na początku byłam zła na siebie, że pozwoliłam by odszedł. Później na niego, że nie dotrzymał słowa i mnie zostawił. Teraz już nie jestem zła na nikogo, co nie znaczy, że się z tym pogodziłam.  Po prostu wiem, że to się musiało stać. Może tak jest lepiej. Może po prostu tak miało być i teraz odpoczywa. Nie wiem. Nie wiem czy chcę by wrócił. Chyba nie, ale i tak ciężko pogodzić się ze śmiercią kogoś, z kim spędziło się tyle czasu. Staram się zablokować wspomnienia, ale nie umiem.
- Mała, widzisz te gwiazdy?
-Yhm. Dlaczego pytasz? - zerkam na niego kątem oka. Nie rozumiem co go ekscytuje w gwiazdach, jednak co wieczór są one naszą rutyną.
- Wiesz, zastanawiałaś się kiedyś jak to jest zobaczyć świat będąc tam, wysoko, razem z nimi?
- Josh nie można być z nimi. To są tylko punkty.
- Skarbie, a my dla nich czym jesteśmy? Jesteśmy punktami. Nikt z nas nie jest niezastąpiony.
- Dlaczego jesteś smutny?- patrze na niego. Czuje łzy pod powiekami. Nienawidze go widzieć takiego. Pochłoniętego przez ciemność.
- Tak bez powodu skarbie. Nie płacz. Jesteś zbyt dobra na łzy. I pamiętaj, że cię kocham. Zawsze będę cię kochał.- mówi, obejmując mnie i całując w czoło.
Mrugam podwójnie powiekami, ledwie panując nad krzykiem. Wspomnienia są złe. Zabijają moją psychikę i powodują większą rozpacz i uczucie pustki. Staram się zapomnieć o nim. Był artystą. Ja też chciałam być artystką, ale los miał dla nas inny scenariusz. Zasypiając, licze wyobrażone gwiazdy. Nadal. Jedna....Dwie...Trzy...Cztery...Sto...Nie wiedząc przy której z kolei moje powieki robią się ciężkie i zasypiam.
*Perspektywa Edwarda*
Czy to dziwne kochać kogoś kto nie istnieje? Zarówno ja i Jasper zastanawiamy się nad tym, Widząc Bellę, patrząc jak spogląda pustym wzrokiem rano, ledwie ruszając śniadanie, zdajemy sobie sprawe, że dawna, uśmiechnięta Bells już dawno nie żyje. Ten fakt, jest dla nas trudny. Bella czuje się niezręcznie w moim towarzystwie. Powiedziałbym nawet, że jest przestraszona. Szybko wychodzi z kuchni. Jasper patrzy na nią przerażony.
- Znów prawie nic nie zjadła.
- Znów? - patrze na niego zaniepokojony. Ona czasem mdleje. Pewnie to ostatnie też było od tego.
- Chyba nie chcesz powiedzieć, że się odchudza? - wygląda jak trup.
- Nie sądze, by chodziło o diety. Chyba bardziej o brak apetytu.- jako syn lekarza wiem, że brak apetytu może być skutkiem lub przyczyną wielu chorób. Ale nie powiem tego swojemu przyjacielowi. Jest wystarczająco załamany i zatroskany o siostre. Jednocześnie odwróciliśmy się w strone pokoju Belli, słysząc huk. Kiedy otworzyliśmy drzwi zobaczyliśmy roztrzaskaną ramke. Była na niej uśmiechnięta Bella, ale jej samej nie było w pokoju. Okno było otwarte na szerokość. Wyszła. Oknem. Dobrze, że to parter, a nie... Boże co się tu dzieje? Czy my utkneliśmy w wariatkowie? Przecież jeśli chciała wyjść to mogła to zrobić drzwiami. Nikt by jej nie zabronił.
- Edward?
- Tak?
- Mam złe przeczucia.
****************************
Więc kolejny rozdział za nami. Nie wiem jak to wyszło i czy nie będzie błędów, ale pisanie na telefonie nie jest zbyt wygodne. Mam nadzieje, że się spodoba.