środa, 21 października 2015

Chapter 7,, bloody dreams"

Utkałeś dla mnie pelerynę z cieni.
Mieliśmy być niewidoczni.Napisałeś dla mnie bajkę,
Nocą smutną i szarą,
Miałam zasnąć spokojnie.
Widzisz teraz to niebo?
Księżyc chyba blednie.
Cienie zamykają nam oczy,
Ramiona zamykają nam ciernie.
A my?
Co jest z nami?
Wspieramy się wytrwale.
Zaśnijmy więc anielskim snem.
Niech jutro wstanie łatwiejszy dzień.

* Perspektywa Belli*
Podobno trzeba wierzyć. W Boga lub cokolwiek innego. Tylko co mam zrobić, jeśli wszystko w co wierzyłam okazało się kłamstwem. Przebaczanie, okazało się żałosnym fałszem, który jest tylko sztucznym pocieszeniem. Nadzieja, okazała się kłamliwą suką, przebijającą nam serca, a los, w którego tak mocno wierzyliśmy, nigdy nie pozwolił nam na ani odrobinę szczęścia. Jako dzieci wierzyliśmy w cuda. W różowe jednorożce i latające dywany, które zawiozą nas dokąd tylko zapragniemy. Prawda skrzętnie była ukrywana. A może my po prostu nie chcieliśmy jej zauważyć. Jest późno, a jedyne o czym umiem myśleć to narysowanie wszystkiego co się wydarzyło, gdy byłam młodsza, lub po prostu wykrzyczenie tego prosto w twarz mojego brata. Kiedy wróciłam, z jego oczu biła troska. Wiedziałam, że się będzie martwił i nie wiem czemu sprawił mi przyjemność widok jego zrezygnowanej twarzy. Czy to znaczy, że jestem sadystką? Cholera. To chyba całkiem słabo. Chyba nie powinno się lubić ranić bliskich. Tylko, że on nie rozumie, że ja wcale nie chciałam tu być. Nigdy. To nie mój świat. Chciałam się samotnie wyprowadzić do Nowego Yorku, gdzie mogłabym się zagubić w zgiełku miasta. Gdzie nikt nie wiedziałby kim jestem.Ale to na razie niemożliwe.
- Bello, czemu jeszcze nie śpisz? - drzwi otwiera Jasper. I co ja mam mu powiedzieć?
- Jeszcze nie jestem zmęczona.
- Co jest grane siostra? Jesteś taka przygaszona.
- A jaka mam być?
- No normalna.
- Możesz iść sobie spać? Chce zostać sama.
- Jasne.- wychodzi z mojego pokoju, ze spuszczoną głową. Czasami go nienawidzę. Nienawidzę, ponieważ niepotrzebnie miesza się w moje życie. Ale jednocześnie go za to kocham. Za to, że jako jedyny się o mnie troszczy, że gdybym chciała, byłby po prostu bez względu na godzinę. Ale to niemożliwe. Gdyby ktoś się dowiedział, prawdopodobnie by mnie znienawidził. A Jasper? On nic nie rozumie. Nic nie wie. Nie wie jaka byłam wcześniej. Nie wie co robiłam ani jak było w domu. W jego głowie został obraz doskonałej, troskliwej rodzinki, a tak nie było od dawna. Zasypiam z twarzą mokrą od łez i marzę, by ten sen potrwał znacznie dłużej niż to możliwe.

poniedziałek, 7 września 2015

Chapter 6 ,,Secrets in your eyes"

Możesz okłamać wszystkich uśmiechem, ale nie mnie.
Widzę twoją drugą stronę.
Obolałą
   Zamroczną
I zranioną.
Choć świat ułożył dla nas już scenariusz,
A my byliśmy skazani na porażkę, jesteśmy tu po to, by się ocalić.
Inni nas pogrzebali.
Ukradli nam marzenia,
Zabrali radość w sercu,
Położyli nam kłody pod nogi,
Jesteśmy tu po to, by się uwolnić.
Tylko my.
Na zawsze.
Nierozłączni.
*Perspektywa Belli*
Lubie uciekać. Albo po prostu jest to coś, co daje mi te chwilowe poczucie wolności i sztuczną ideę szczęścia. Ale to jednak zbyt szybko mija. Czuje się jakbym płonęła. Słyszę nieistniejące krzyki i głosy za którymi tęsknie. Zamykając oczy staram się odkryć prawdę dotyczącą tego kim jestem. Wiem kim byłam. Kiedyś. Ale czuje, że to jest tak bardzo odległe ode mnie teraz. Właściwie niezbyt często staram się być taka jak kiedyś. To po prostu żmudne i nieprzynoszące skutku działanie. A ja nie mogę się męczyć. Jestem zmęczona wygórowanymi oczekiwaniami wobec mnie. Tym kim powinnam być. Ciągłym pouczaniem. Siedząc na powalonym pniu drzewa słyszę kroki i po chwili głos:
- Oooo, kogo my tu znów mamy? - przed sobą po raz kolejny mam twarz Jacksona. Nie wiedząc czemu, rzucam mu się w ramiona.- Ej, co jest młoda?
Dopiero po chwili zdaje sobie sprawę z komizmu tej sytuacji i wybucham śmiechem jak totalna wariatka.
- Wszystko przez mojego cholernego brata, wiesz?! Czy to nie chore nienawidzieć kogoś, kogo powinnam kochać? Odpowiedz do cholery Jackson i wyjaśnij mi jak to możliwe?- Nie odpowiada. Robi jedyne co powinien robić. Trzyma mnie w ramionach, nie pozwalając mi upaść. I będę mu za to wdzięczna. Już zawsze.
* Perspektywa Jacksona*
Nie jestem dobry w pocieszaniu. Na ogół jestem tym złym chłopcem. Odrzuconym przez społeczeństwo dewiatem. Nigdy nie miałem żadnych przyjaciół, ani nawet rodziny. Jako wychowanek w rodzinie zastępczej, było mi dane zrozumieć, że nie każdy jest tutaj po to by nam pomóc. Na świecie jest zarówno dobro jak i zło. Są ludzie oddani i fałszywi. Miałem kiedyś przyjaciela od dzieciństwa, który po pewnym czasie się zmienił w dwulicowego sukinsyna. Pomimo tego, że zawsze mógł na mnie liczyć po pewnym czasie się po prostu ode mnie odwrócił. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nasza znajomość już dawno była tylko fikcją. I nie mogę powiedzieć, że na początku nie bolało. Bolało. Ale minął pewien czas i rany się zabliźniły. Nadal, kiedy muszę go oglądać jest to dla mnie trudne, ale w każdym razie już nie aż tak bardzo. Patrząc na tą osóbkę leżącą w moich ramionach żal mija całkowicie. Wiem, że gdybym wtedy nie stracił go, nigdy nie znalazłbym szczęścia. Ten stydliwy chłopak, którym byłem kiedyś, nigdy by nie odszedł. Wiem jak smakuje żal i bòl zmieszany ze łzami i piachem, ale znam też uczucie szczęścia. I teraz wiem, że to wszystko było potrzebne. Że każdy z nas ma własne przeznaczenie nad którym nigdy nie zyska panowania.
- Dobranoc Bello.- szepnąłem składając delikatny pocałunek na jej czole. Teraz wiem, że wszystko co jest mi potrzebne mam przy sobie. I wiem, że tylko ja, mogę naprawić błędy przeszłości. Nie tylko dając jej swoją miłość, ale także dzieląc się z nią moją nadzieją.
**************************
Dobra. Rozdział skończony. Nie wiem czy dobry, czy słaby, nie mnie to oceniać. Ale liczę na komentarze i mam nadzieje, że aż tak źle nie wyszło.

sobota, 1 sierpnia 2015

Chapter 5,, I hate everything about you"

,,Nie płacz dziecko,
Opowiem ci bajke.
Bajke o czymś wspaniałym.
Nie będzie księżniczek ani rycerzy,
Bo to się w świecie nie zdarza.
Opowiem ci bajke
O płaczącej dziewczynce i złamanym chłopaku.
Spotkali się tam, gdzie nikt nie przechodził i czekali na siebie, aż smutek odchodził.
I razem łatwiej mijały im chwile.
Choć ich świat ciemny, rozjaśniał się na chwile. Leczyli wspólnie swe serca, czekali na chwile, gdy na zawsze będą razem, zostawili wszystko w tyle.
I żyli własną melodią, a tekst pisało im życie.
Po kilku chwilach, obudził ich żal i zrozumieli, że nigdy nie będzie doskonale.
Poczuli chłòd, przestali wierzyć i umarli w szale.''
*Perspektywa Belli*
Boje się. Czuję jak pod moją skórę wbija się tysiące igieł. Wokół mnie wszystko się coraz mocniej kręci. Widzę siebie, martwą. Wyglądam zaskakująco spokojnie. Jak na mnie wręcz krucho. Nagle moje ciało się rozpada. Czuje się rozbita. Zwłaszcza duchem. Miliony kawałeczków mojego wnętrza opada wszędzie. Jest mi źle. Jest mi smutno. I nienawidze wielu rzeczy. Nienawidze swoich głupich uczuć. Niekiedy prawie marze, by się wyzbyć tego wszystkiego. Ale wiem, że się nie uda.  Jestem silna. Cholera. Wcale nie jestem. Wiem,  że za chwile się obudze w pokoju, który nie jest mój. Więc czas otworzyć oczy. Kiedy robię tą prowizorycznie banalną czynność, zastanawiam się, czy obudzenie się na pewno nie będzie błędem. Nienawidze swojej psychozy. Czasem, sądze, że są we mnie dwie osoby. Jedna z nich jest spokojna i delikatna, a druga złamana i lubująca się w nożach. Tak właśnie. To druga część mnie. Lubie to robić. Podobno jestem młoda. Podobno powinnam była cieszyć się życiem. Podobno powinnam być jak kiedyś. Ale już nie jestem. Jestem niepewna i sama nie wiem kim jestem. Jestem cicha, ale wewnątrz krzycze. Tak naprawdę troche się pogubiłam. Nie boje się śmierci. Już się z nią spotkałam. Była cicha, pewna siebie i zabrała pewnej trzynastolatce wszystko. Jedną osobę, ale wtedy to było wszystko. Następnie zabrała kolejną. I tak teraz przychodzi do mnie w snach, nawiedza mnie, kując moje serce zatwardziałym lodem. Podobno blizny się goją. Z biegiem czasu zaczynając się zlewać ze skòrą i są niezauważalne. Każdy je ma. Ja prawdopodobnie mam ich więcej od innych. Ktoś mi kiedyś powiedział, że nie można stać się dorosłym, póki nie będzie się miało dzieciństwa. Nie wiem czy ja je miałam. Chyba tak. W końcu miałam przyjaciela, kolege, teraz już nie wiem kim dla mnie był. Ale robiliśmy wiele dziecinnie głupich rzeczy. Po pewnym czasie po prostu odszedł. Na początku byłam zła na siebie, że pozwoliłam by odszedł. Później na niego, że nie dotrzymał słowa i mnie zostawił. Teraz już nie jestem zła na nikogo, co nie znaczy, że się z tym pogodziłam.  Po prostu wiem, że to się musiało stać. Może tak jest lepiej. Może po prostu tak miało być i teraz odpoczywa. Nie wiem. Nie wiem czy chcę by wrócił. Chyba nie, ale i tak ciężko pogodzić się ze śmiercią kogoś, z kim spędziło się tyle czasu. Staram się zablokować wspomnienia, ale nie umiem.
- Mała, widzisz te gwiazdy?
-Yhm. Dlaczego pytasz? - zerkam na niego kątem oka. Nie rozumiem co go ekscytuje w gwiazdach, jednak co wieczór są one naszą rutyną.
- Wiesz, zastanawiałaś się kiedyś jak to jest zobaczyć świat będąc tam, wysoko, razem z nimi?
- Josh nie można być z nimi. To są tylko punkty.
- Skarbie, a my dla nich czym jesteśmy? Jesteśmy punktami. Nikt z nas nie jest niezastąpiony.
- Dlaczego jesteś smutny?- patrze na niego. Czuje łzy pod powiekami. Nienawidze go widzieć takiego. Pochłoniętego przez ciemność.
- Tak bez powodu skarbie. Nie płacz. Jesteś zbyt dobra na łzy. I pamiętaj, że cię kocham. Zawsze będę cię kochał.- mówi, obejmując mnie i całując w czoło.
Mrugam podwójnie powiekami, ledwie panując nad krzykiem. Wspomnienia są złe. Zabijają moją psychikę i powodują większą rozpacz i uczucie pustki. Staram się zapomnieć o nim. Był artystą. Ja też chciałam być artystką, ale los miał dla nas inny scenariusz. Zasypiając, licze wyobrażone gwiazdy. Nadal. Jedna....Dwie...Trzy...Cztery...Sto...Nie wiedząc przy której z kolei moje powieki robią się ciężkie i zasypiam.
*Perspektywa Edwarda*
Czy to dziwne kochać kogoś kto nie istnieje? Zarówno ja i Jasper zastanawiamy się nad tym, Widząc Bellę, patrząc jak spogląda pustym wzrokiem rano, ledwie ruszając śniadanie, zdajemy sobie sprawe, że dawna, uśmiechnięta Bells już dawno nie żyje. Ten fakt, jest dla nas trudny. Bella czuje się niezręcznie w moim towarzystwie. Powiedziałbym nawet, że jest przestraszona. Szybko wychodzi z kuchni. Jasper patrzy na nią przerażony.
- Znów prawie nic nie zjadła.
- Znów? - patrze na niego zaniepokojony. Ona czasem mdleje. Pewnie to ostatnie też było od tego.
- Chyba nie chcesz powiedzieć, że się odchudza? - wygląda jak trup.
- Nie sądze, by chodziło o diety. Chyba bardziej o brak apetytu.- jako syn lekarza wiem, że brak apetytu może być skutkiem lub przyczyną wielu chorób. Ale nie powiem tego swojemu przyjacielowi. Jest wystarczająco załamany i zatroskany o siostre. Jednocześnie odwróciliśmy się w strone pokoju Belli, słysząc huk. Kiedy otworzyliśmy drzwi zobaczyliśmy roztrzaskaną ramke. Była na niej uśmiechnięta Bella, ale jej samej nie było w pokoju. Okno było otwarte na szerokość. Wyszła. Oknem. Dobrze, że to parter, a nie... Boże co się tu dzieje? Czy my utkneliśmy w wariatkowie? Przecież jeśli chciała wyjść to mogła to zrobić drzwiami. Nikt by jej nie zabronił.
- Edward?
- Tak?
- Mam złe przeczucia.
****************************
Więc kolejny rozdział za nami. Nie wiem jak to wyszło i czy nie będzie błędów, ale pisanie na telefonie nie jest zbyt wygodne. Mam nadzieje, że się spodoba.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Chapter 4,, Dead letters"

,, Zbudzają nas krzyki,
Nasze koszmary i zabierają resztki nadziei, którą mamy.
Budziliśmy się tak, jakbyśmy od zawsze się znali.
Patrząc w niebo, kradnąc gwiazdy, czuliśmy dużo więcej niż każdy.
Kiedy pewnego dnia, obudziliśmy się osobno,
Wyschły wody i zamarzło słońce.
Ktoś do nas wołał o pomoc, daliśmy mu umrzeć, zgasło całkiem też słońce."
*Perspektywa Edwarda*
. Mój tato powiedział do Jaspera, że jeśli nie chce, by Bells coś w końcu sobie zrobiła, muszą zamieszkać u nas. Tak więc dziś jest ich  dzień u nas.  Widziałem, że Belli się to nie podobało. Chyba wolała mieć własną kontrolę nad wszystkim lub po prostu się bała. Nie wiem. pierwszy Czułem coś dziwnego. Jakiś magnes pchający mnie do pokoju Belli. Więc po prostu tam poszedłem. Pokòj dziewczyny był na przeciwko mojego. Kiedy otworzyłem drzwi, tak wiele emocji przeszło przeze mnie, że ledwo udało mi się utrzymać równowagę. Najpierw zobaczyłem ją. Siedziała na łóżku, kołysząc się miarowo w tył i przód. Coś w niej było bardzo niepokojącego. Być może to rozbiegane spojrzenie, które sprawdzało teren, jakby czyhając na niebezpieczeństwo. Jednak dla mnie największym szokiem, okazała się blizna, szpecąca cały bok Belli. Blizna, autorstwa mojego i Jamesa Parkera. W tym momencie nienawidziłem się jeszcze bardziej niż przedtem. Dziewczyna, którą skrzywdziłem dla żartu była Bella. I była córką mojego najlepszego przyjaciela. Boże, jeśli miałbym pistolet, bez zastanowienia strzeliłbym sobie kulke w łeb. Bella patrzyła na mnie. Nie odzywała się, ale jej wzrok rządał wyjaśnień. Nie wiedziałem co powiedzieć, więc po prostu wyszedłem. Gdyby rozdawali tytuły na największego dupka na świecie, wygrałabym. Nie wiedzieć kiedy, pomimo dzisiejszych odkryć, po prostu zasnęłam.
*Perspektywa Belli*
Kiedy Edward wyszedł zaczęłam płakać. Był wściekły. Wściekły w ten dziko nearlendarczykowy sposób. A tacy ludzie są kupą gówna, która topi nas w szambie. Są niebezpieczni .Czyli kimś zupełnie anty bezpiecznym, czymś strasznym i krzywdzącym. A strachu już zupełnie nie potrzebuje. Nigdy nie byłam ładna. I wcale nie potrzebuje tego księżniczkowatego bałaganu. Księżniczki są miłe. Perfekcyjne. Lubiane. I nieskazitelne. Czyli zupełne przeciwieństwo mnie. Każda z nich ma tego pseudo perfecyjnie doskonałego Księcia, który zapewne rzuciłby je, dla kolejnej, jeszcze ładniejszej krókewny. Albo poszedł by krok dalej i poleciałby na jakąś starą królową. Dlaczego tak mówię? Może dlatego, że nie wierzę w żadną, bezsensowną miłość. To słowo już dawno przestało istnieć w moim słowniku. I dobrze. Po co mi ono? Moim życiem są kredki, a ja naprawde nie umiem nimi najwyraźniej rysować. Chciałabym zamienić te głupie kredki na ołówki, ale niestety ciągle je gubie. Albo już się przyzwyczaiłam do tych kredek. Tak, tak wiem , moje porównania są niesamowite, ale cóż poradzić? Spoglądam na zegarek. Trzecia w nocy. Jeśli będzie trzeba to podepre sobie powieki zapałkami. Albo wypije kawę. Tonę kawy. Pewnie jestem dziwna. Napewno jestem dziwna. Dziwność to moja idea. Nie to żeby to było cool. Cholera, nie mogę zasnąć. Szybkim tempem zakładam byle trampki i wybiegam z domu. Biegne dopóki nie trace sił i nie opadam na ściółkę w lesie. Ubranie mam całe poszarpane, ale jakoś się tym nie przejmuje. Lubię biegać. To przyjemnie wykańczające. I uczące. Więc chyba nie powinnam tego lubić, bo przecież nikt nie lubi się uczyć, ale nic na to nie poradzę. Ja nie jestem jak wszyscy. Jestem zmęczona więc tak sobie siedze, ledwo utrzymując równowagę i nie wiedzieć czemu bardzo mnie to bawi. Nagle podchodzi do mnie chłopak. Ma około dwóch metrów. Jest cały spocony. Chyba też biegał. Jakoś mnie nie przeraża, co jest najdziwniejszą rzeczą na świecie. Ma blond włosy i ironiczny uśmieszek na ustach. Jego niebieskie oczy śmieją się. Pewnie ze mnie. Bo przecież jestem królową absurdu.
- Proszę, proszę panienka nie boi się?
- tak się składa, że panienka może ci wgnieść mózg w kolano.- na mojej twarzy kształtuje się wredny uśmieszek. Cholera. Czemu ja się wogóle odzywam? Przecież ja nie mówię. No cóż, najwyraźniej dużo się zmieniło w ciągu kilkunastu minut.- mówi przeklęty głosik w mojej głowie. Tak , tak. Jestem walnięta. I mam głosy w głowie.
- Oh, lubie niebezpieczeństwo malutka.
- Wojna?
- Dla ciebie wszystko maleńka. Jak się nazywasz?
-A ty?
-Ja spytałem pierwszy.
- Ale nie dowiesz się pierwszy. Więc jak?
- Jackson Blaine.
- Bella Swan.- więc zacznijmy wojne z nowym.
***************************
Więc...oto nowy rozdział. Pisałam na telefonie, więc darujcie błędy.

sobota, 11 lipca 2015

Chapter 3 ,, Everybody hurts"

,, Przepraszam za wszystkie krzywdy.
Za wszystkie blizny.
Za wszystkie furie i zniszczone piękno."
*Perspektywa Belli*
Czułam, że powoli spadam na samo dno. Nienawidze tego, co ze mnie zostało. Moje koszmary, moje lęki...To takie przytłaczające. To niszczy moją duszę. To, kim kiedyś byłam odeszło. Teraz jestem nowa ja. Czyli zero dobroci. Ludzie moje milczenie biorą za pakt z diabłem. W sumie czasem wierze w niego, bo wole się łudzić, że Bóg nie pozwoliłby im mnie tak krzywdzić. Nie pamiętam nawet jak brzmiał mój głos. Podobno każdy coś znaczy. Ja w to nie wierzę. Jestem pewna, że gdybym nagle odeszła nikt by nie zauważył tak jak teraz nie zauważają. Nie mogę powiedzieć, że nienawidzę wszystkiego i wszystkich, mimo że bardzo się staram. W moim życiu są dobre rzeczy. Jasper. Muzyka. Nawet Edward był kiedyś dla mnie ważny. Teraz, kiedy leżę na ziemi, czuję jak moja dusza powoli ze mnie ulatuje. Tak jak te dobre chwile. Wiem, że Eddie i Jazz się martwią, ale nie jestem w stanie nad sobą zapanować. Proszę, oby nie zadawali pytań jak się obudzę . Czasami marzę, by życie okazało się jakimś głupim filmem. Takim, który mogę przewinąć lub przerwać kiedy tylko chcę.  Budząc się, proszę Boga, by dał mi jeszcze jedną szansę. Nade mną stoi blondyn. Dobrze go pamiętam, mimo że od naszego spotkania minęło kilka lat. Zawsze traktowałam go jak ojca w przeciwieństwie do mojego biologicznego. Carlisle.
- Witaj Bellsie. Jak sie mamy?- czułam szacunek do tego człowieka, ale jednak nie chciałam z nim rozmawiać. Kiedy bym zaczęła zapewne musiałabym wszystko z siebie wyrzucić. Całą frustrację, która nagromadziła się we mnie przez te wszystkie lata. Więc wolę po prostu być zamkniętą skorupą. Udawać twardą i nie zdolną do odczuwania zranienia. To zawsze jest bezpieczniejsze.  Czasami czuję, że po prostu jestem zbyt słaba na te wszystkie maski. Jednocześnie czuje wstyd, że ranię tak wiele osób. Choć może nie jest ich tak dużo, ale wolałabym nie ranić nikogo. Czuje, że moje serce stanęło na widok Jaspera. Wygląda na przestraszonego i jednocześnie załamanego.
- Wujku, kilka rzeczy się zmieniło. Bella nie mówi.- po tych słowach już wiem, że właśnie złamałam kolejnego człowieka.
*Perspektywa Jaspera*
Nienawidze jej. Nienawidzę jej za jej niewinność, za to, że jest zamknięta, że nie mogę się przebić przez jej mury. Ale jednocześnie ją kocham jak nikogo innego.
Wiedziałem, że z moją siostrą było coś nie tak. Widziałem to w jej oczach, w nocnych koszmarach, w tym jak coraz bardziej zaczyna uciekać w samotność i ciszę. Tak naprawdę dopiero teraz widzę jak jej radość była sztuczna.  W sumie nie wiem czy z nią jeszcze kiedykolwiek będzie dobrze. Stąd ta przeprowadzka. Staram się uratować Issie lub to co z niej zostało. A czasami kiedy jest sama widzę, że jest zupełnie kimś innym niż zwykle. Kimś mrocznym, bardzo tajemniczym i za bardzo przepełnionym bólem. Kiedy płacze, wiem że to dla niej ostateczność i jej sekret, więc udaje, że nie widzę. Cholera. Oby się udało ją uratować.  Kiedy trafiła tutaj do szpitala, a przedtem nagle zaczęła świrować nie mogłem wytrzymać. Ta bezsilność mnie zabijała.
- Wujku, co z nią?
- Nie jest dobrze. Podejrzewam, że ten atak i te drgawki są na tle nerwowym. Pod kątem neurologii wszystko jest w porządku. Czemu mi nie powiedzieliście, że ona nie mówi? Czemu Jasper wcześniej nie dałeś mi znać, że z Bells jest coś nie tak?
-Nie było okazji.- powiedziałem drapiąc się nerwowo po karku.
- Jasper sądzę, że Bella potrzebuje teraz po prostu wsparcia. I spokoju.
- Rozumiem Carlisle. Zadbam o to.
-Nie wątpię, ale uważam, że będziesz potrzebował pomocy.
***************************
Na fotce nasze wspaniałe rodzeństwo:) Dedyk dla Selinki.

czwartek, 9 lipca 2015

Chapter 2 ,, In castle glass''

,, Każdy z nas jest aniołem z połamanym skrzydłem. Takie upadają najczęściej."

* Perspektywa Edwarda*
Kiedyś znałem Bellę. W pewnym sensie zależało mi na niej. W końcu była siostrą mojego najlepszego przyjaciela. Pamiętam ją jako radosną, ale także wyjątkowo wrażliwą dziewczynę. Wtedy jeszcze tutaj mieszkała. Na początku po przeprowadzce do Phoenix nadal utrzymywałem z nimi kontakty. Jasper oczywiście był z tego bardzo zadowolony, że się dogadujemy. Potem jednak Bella przestała odpisywać na moje wiadomości. Nie rozumiałem tego. Nawet Jasper nie rozumiał. Jednak to nie było najbardziej niepokojące. Niejednokrotnie Jazz żalił mi się, że traci kontakt ze swoją siostrą. Coś mu nie pasowało. Czasem coś wspominał, že ona nic nie mòwi. Potem doszło zamykanie się w pokoju, najpierw na tygodnie, potem na jeszcze dłużej aż teraz wogòle nie wyszła od roku. To było dziwne. Jej nagła izolacja i śluby milczenia....To było zdecydowanie zupełne przeciwieństwo dawnej jej. Teraz znów wracają. Dla mnie to dobra wiadomość. Nie jestem szalenie popularny po tym co zrobiłem....do czego doprowadziłem. Podobno za wszystkie uczynki przyjdzie nam zapłacić. W takim razie rozumiem już dlaczego teraz wszyscy mnie karzą. Większość ludzi, moich znajomych, instyktownie się ode mnie odwròcili. Druga ich część z kolei współczuje mi. Chłopak spisany na straty. Wszyscy bliscy mu umarli. Tak o mnie mówią. Nie codziennie jest się świadkiem zabòjstwa całej rodziny. Z moich przykrych wspomnień otrząsnął mnie dźwięk telefonu. Jasper.
- Hey Jazz, jak poszło?
- Zero reakcji stary. Znaczy na początku chyba ją to prawie doprowadziło do płaczu, ale wiesz jaka ona jest. Cholera. To jedyne wyjście. Nie wiem już jak jej pomóc.
- A gdzie ty jesteś?
- Na lotnisku.
- A Bella?
- Poszła do toalety. Mòwię ci, z nią jest bardzo źle...O cholera.
- Co jest?
- Musze kończyć. Sytuacja awaryjna. Pogadamy potem.
Szybko się rozłączył. Zastanawiałem się, co mogło się stać, że nagle stał się taki nerwowy.  Postanowiłem iść do domu, który kupił Jazz i tam poczekać na nich. Sam nie wiem ile czasu mi to zajęło, ale postanowiłem ugotować moim przyjaciołom obiad.  Kiedy skończyłem robić Risotto usiadłem na kanapie. Po kilkudziesięciu minutach usłyszałem odgłos zatrzymującego się auta, a potem zobaczyłem Jaspera i Bellę w drzwiach. Fakt. Kiedy zobaczyłem Bellę nie poznałem jej. Przekrwione oczy, blada karnacja i dziwnie wychudzone ciało. Zrozumiałem obawy Jaspera.
- Cześć? Ugotowałem dla was obiad.
- Siema stary.- podszedł do mnie Jazz podając mi rękę.- Dzięki. Nie trzeba było.- ciągnął.
Bella w tym samym czasie bez słowa wyjaśnienia spadła w ramiona brata.
- Bells?!- krzyknął Jasper pròbując budzić swoją siostrę.
- Cholera co jej jest Jasper? - Nie mam pojęcia.  Chyba z głodu. Nie wiem.- nagle Bella zaczęła krwawić z nosa i cała się trzęsła. Ciszę rozerwał jej krzyk. Cholera, co jej się mogło stać? Co ją tak zmieniło? Przecież jak wyjeżdżali, wszystko było w porządku.
Spojrzałem na Jaspera, który wyszeptał:
- Dzwoń po karetkę.
*******************************
I wyszło krótko...Ale lepsze to niż nic. Mam nadzieje, że nie ma tragedii...

środa, 8 lipca 2015

Chapter 1 ,, Can you heal me?"

Ci, co mòwią, że są silni, wcale tacy nie są, bo to znaczy, że upewniają innych w tym przekonaniu, bo sami w to nie wierzą.

*Perspektywa Belli*
365 dni. Dokładnie tyle nie wychodzę z domu. Czasem myślę, że może jednak zostałam nieodwracalnie zepsuta, a moje fragmenty są porozrzucane po całym świecie. A przecież świat jest taki wielki, a ludzi, ktòrzy są w stanie mi pomòc praktycznie nie ma. Patrząc w okno widzę niesymetryczne płatki śniegu. Tutaj w Phoenix to się nie zdarza. Boże, czasem nienawidze tego słońca, ktòre przebija nawet moje ciemne zasłony. Mòj świat jest ròwnie niepoukładany jak ja. W sumie to nawet nie wiem czy nie bardziej. Żyję wśròd ludzi, pomimo że mam problem ze zrozumieniem ich. Każdego dnia spoglądałam kiedyś na nich. Jedni cierpiąc płakali i wpadali w niekiedy sztuczną histerię, a drudzy organizowali zawody na to, kto bardziej i więcej rani. Mogę powiedzieć, że stoję na pograniczu obu grup. Czasem samotność jest podobno trudna i przytłaczająca, ale nie dla takich ludzi jak ja. Dla nas jest zbawieniem. Ukrycie znaczy bezpieczeństwo i brak jakikolwiek opinii. Jeśli chce się przeżyć najlepiej ich nie słuchać. Jak byłam mała słyszałam kłõtnie o zabawki, potem o chłopakòw, aż w końcu doczekaliśmy się ważniejszych spraw. Wygląda na to, że wszyscy uwielbiają się kłòcić, co nie jest ani trochę dziwne. Wiadomo, że każdy chciałby wygrywać, a by to osiągnąć, należy walczyć o swoje. Co we mnie jest specjalnego? Właściwie nic. Nudne oczy, nudne, brązowe włosy, a mój styl zawsze był równie nijaki co ja. Może chce mnie ktoś nagrodzić za najnudniejszą osobę? Nagle ktoś pociągnął za klamkę. O nie, o nie, o nie. Nikt nie ma prawa wchodzić do mojego królestwa. Już miałam zamiar krzyczeć i zacząć rzucać wszystkimi przedmiotami, ktòre miałam pod ręką, jednak kiedy zobaczyłam błagalne spojrzenie swojego brata,  poczułam łzy pod powiekami, ktore oczywiście odgoniłam. Jasper przesuwał się w moją stronę bardzo powoli najwidoczniej badając moją reakcję, ktòra jak zwykle była nijaka. Czyli nic się nie zmieniło. Wróciła stara, zgorzkniała, bezuczuciowa Bella. Mòj brat ukląkł naprzeciwko mnie, spoglądając prosto w moje oczy i wyszeptał:
- Już wiem jak ci pomòc, maleńka. Jutro się wyprowadzamy.- jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo ta przeprowadzka może mnie zmienić i że to właśnie ona okaże się moją ucieczką od bólu i nienawiści. Nie wiedziałam także, że spotkam osobę, która wyrwie mnie z mojego pałacu i zburzy wszystkie moje mury. Nawet te, ktore kiedyś były pokryte kolcami i krwią innych ludzi.
*******************************
Tak więc mam nadzieję, że coś mi wyszło. Rozdział specjalnie dla mojej siostrzyczki, choć bardzo kròtki, ale dodawanie postòw i pisanie na telefonie to nic prostego.